Lekcje miłości

1 lekcja miłości – rodzicielstwo

„Mama chodź!” – powiedziała córka, a potem z dobrze mi znanym jękiem złapała mnie za ubranie.

Spieszyłam się.

Za chwilę mąż musi wychodzić z dziećmi i jechać do przedszkola, wciąż jest tyle do zrobienia, a dzieci dalej są w piżamach.

 

„Mama, założysz mi skarpetkę?” – zapytał zniecierpliwionym głosem mój 5,5-letni syn, siedząc na sofie i próbując wygładzić brzegi skarpety, którą właśnie próbował założyć w idealny sposób na stopę.

 

A we mnie wzbierała złość.

I to wcale nie dlatego, że córka uwielbia się przytulać i jest wielką przylepą, a syn musi mieć zawsze wszystko idealnie poukładane i założone, bo inaczej coś go uwiera.

Wzbierała we mnie złość, że rzeczy nie dzieją się zgodnie z założonym przeze mnie planem, a proste czynności przekraczają możliwości moich kilkulatków.

 

Cholera… Pomyślałam, czy takie zachowanie dzieci jest normalne, czy tylko nasze tak mają?

Czy te rozkosznie wyglądające twarzyczki uśmiechniętych dzieci na zdjęciach to naprawdę czyjaś codzienność?

A może ja jestem złą matką i nie potrafię odpowiednio wychować swoich dzieci?! Z pewnością muszę jeszcze przeczytać tych kilka książek na temat wychowania dzieci i wtedy wszystko będzie jasne.

 

 

Gdy nasze dzieci były jeszcze bardzo małe, to czasami znienacka pojawiało się pytanie w mojej głowie „Po co mi to było?”. Nie, żebym czegoś żałowała, ale przecież miało być tak pięknie, a jest trudniej niż myślałam.

Na szczęście pytanie szybko sobie odchodziło, a w jego miejsce pojawiały się pytania typu „Co dzisiaj zrobić na obiad?”, „Czy już wybudzić dziecko z drzemki bo chyba za długo śpi?”, czy wreszcie „Mam nadzieję, że moje drugie dziecko też zarazi się ospą, bo inaczej będę codziennie wypatrywać, czy nie ma na sobie tych dziwnych krostek!”.

 

I pomyśleć, że jeszcze 7 lat temu, gdy wracałam zmęczona do domu po pracy, rzucałam się na sofę i do późnego wieczora oglądałam różne programy w telewizji.

A gdy czułam się zmęczona, to kładłam się do łóżka spać i zapominałam o bożym świecie.

A na wakacjach z Mężem leżałam brzuchem do góry i zastanawiałam się, czy na dzisiaj wystarczy kąpieli słonecznych i błogiego lenistwa i czy przypadkiem nie warto by było czegoś zjeść.

 

 

Tak, dzieci zmieniły wszystko.

Postawiły siebie w centrum wszechświata, a ja stałam się krążącą wokół nich orbitą.

No nie, nie jest aż tak źle, bo czasami udaje mi się kraść chwile tylko dla siebie i dla Męża.

Ale gdy na naszej małej planecie wylądował pierwszy Kosmita (syn), a potem kolejny (córka), to pierwsze miesiące były podporządkowane wyłącznie ich potrzebom.

Oczywiście wtedy nawet nie pomyślałam o tym, że kiedykolwiek się to zmieni, a za kilka lat dzieci będą potrafiły się świetnie bawić ze sobą, zamykając przy tym drzwi do swojego pokoju przed nosem rodziców.

 

Tak, jak jest miło to jest miło. Nawet bardzo. A znajomi mówią „Jaka ładna z was rodzinka!”.

Szczęśliwie coraz częściej udaje mi się złapać te chwile tylko dla siebie, kiedy mogę spokojnie odetchnąć i zająć się swoimi sprawami, a dzieci jakby zapominają o mojej obecności.

No ale co zrobić w sytuacji, kiedy od rana wygląda na to, że wstały lewą nogą i wszystko jest nie tak?

Mama obudziła za wcześnie, ubranie nie takie jak trzeba, a słowa zostały wypowiedziane w złym momencie??

 

 

Czasami nie mam czasu się nad tym zastanowić, bo wciąż jest tyle do zrobienia.

Ale gdy mam nieco więcej okazji, aby obiektywnie spojrzeć na moją nową codzienność, to czuję to każdą komórką swojego ciała, że nie mogłam być w lepszym miejscu niż jestem teraz!!!

Jasne, czasami bywa ciężko, jestem zmęczona i mam wszystkiego dość, ale na szczęście to dość przejściowy stan.

Mówię zupełnie szczerze, że dzieci nadały głębszy sens mojemu życiu. Wypełniły szczelnie moją codzienność, ale pokazały również, że życie to coś więcej, niż początkowo myślałam.

 

Co jakiś czas zastanawiam się, co by było ze mną dzisiaj gdyby nie dzieci?

Czy dalej żyłabym w przekonaniu, że życie ma być bajką, a ja księżniczką (oczywiście w towarzystwie wymarzonego Księcia)?

Czy dalej nieświadomie odgrywałabym swoją rolę jako przykładny konsument (dużo kupi, dużo zje, dużo obejrzy i tak w kółko)?

Czy dalej sądziłabym, że wszystko mi się należy, że to ja mam rację i że to moja recepta na życie jest jedynie słuszną?

 

Dzisiaj już wiem, że charakter i nasze poczucie szczęścia hartują się poprzez nie zawsze łatwe i przyjemne doświadczenia.

Dzisiaj już wiem, że czasami tylko spokój, dystans i prostota są w stanie mnie uratować.

Dzisiaj już wiem, że to ja mam wpływ na to, czy jestem zdenerwowana, czy opanowana.

Dzisiaj już wiem, że to ja mam kochać i dawać miłość, a ona do mnie prędzej czy później wróci jako efekt uboczny.

Dzisiaj już wiem, że nie wszystko złoto co się świeci, a największą nagrodą za moje starania może być czuły uścisk dziecka na dobranoc i słowa „Mamusiu, to ja bardziej Cię kocham”.

 

Ale żeby to wszystko zobaczyć, potrzeba trochę czasu, odrobiny dystansu i wielkich pokładów cierpliwości .

Trzeba nauczyć się akceptować nie zawsze idealną rzeczywistość i nauczyć się kolekcjonować drogocenną codzienność.

Aby poczuć błogi stan spełnienia trzeba czuć, że każdego dnia zrobiło się coś sensownego i wyciągnęło lekcje na przyszłość.

 

Kiedyś usłyszałam piękne zdanie, że celem małżeństwa jest doprowadzenie drugiej osoby do świętości. Coś w tym jest.

Dodałabym jeszcze to, że dobrze przeżywając swoje macierzyństwo i ojcostwo można wejść na wyżyny relacji międzyludzkich i przy okazji coś ze świętości zyskać:)

A że bywa ciężko… widocznie tak jak stal hartuje się w ogniu, tak nasz charakter szlifuje się dzięki umiejętności rozmowy z drugim człowiekiem, również tym mniejszym od nas.

To długa rozmowa i projekt na całe życie. Projekt piekielnie trudny i równocześnie piekielnie ciekawy.

 

Dzięki swoim kilku latom macierzyństwa dotarło do mnie to, że podstawą dialogu z naszym dzieckiem powinno być zrozumienie, miłość i szacunek.

Widzenie w dziecku równorzędnego partnera, a nie nic nierozumiejącego „poddanego”.

Chociaż umiejętne i konsekwentne stawianie jasnych granic też jest bardzo istotne.

Ale tylko tych granic, które mają na celu dobro dziecka i dobro wspólne, a nie tylko potwierdzenie własnego widzi mi się.

Każdemu rodzicowi przyda się również umiejętność liczenia do dziesięciu zanim się wybuchnie.

 

Tak, rodzicielstwo to zdecydowanie projekt na długie lata!

Pozdrawiam wszystkich Rodziców, życząc im ogromnych pokładów cierpliwości i miłości!!!

 

PS A co, jeśli jutro znowu moje dziecko będzie marudzić przy ubieraniu się? Może warto skorzystać wtedy z praktycznej rady doświadczonego Taty, który gdy jego dziecko usilnie chciało założyć majtki z muchomorkiem, a te były w praniu, po prostu wziął majtki i mazak i tego muchomorka mu namalował?:)

Tak, odrobina dystansu nam rodzicom też się przyda. Przecież koniec końców to TYLKO życie:)

 

Koniecznie napiszcie, jak Wy radzicie sobie z nie zawsze idealną codziennością i co Waszym zdaniem może nam dać dobrze przeżyte rodzicielstwo?!

 

 

 

Posty, które mogą Cię zainteresować

Brak komentarzy

Napisz komenatrz