Lekcje miłości

10 opowieści z mojego dzieciństwa – z jedzeniem i miłością w tle:)

 

Dzisiaj zdradzę Wam 10 faktów o mnie, które być może rzucą nowe światło na to, jak mnie postrzegacie:)

Co ciekawe, to będą fakty z jedzeniem w tle:) Okaże się zaraz, że nie zawsze jadłam tak zdrowo. Ale równocześnie dowiecie się, że nie zawsze było też tak źle:)

Zapraszam Was zatem w małą podróż do przeszłości!:)

 

 

  1. Kiedyś byłam tak nieśmiała, że nie byłam w stanie poprosić o czekoladę w sklepie.

 

Pamiętam taką sytuację. Mam jakieś 5 lat i stoję z mamą przy ladzie w sklepie. Mama mówi, że kupi mi czekoladę, jeśli poproszę panią o tę czekoladę. A ja tak się wstydziłam, że o czekoladę nie poprosiłam i wróciłyśmy do domu bez niej.

 

 

  1. Kiedy byłam mała, to Tato latem kupował nam lody w kubeczku w ilościach hurtowych

 

Moi rodzice pewnie nie mieli wszystkiego na pęczki w czasach, kiedy sami byli mali, bo to były zupełnie inne czasy. Dlatego gdy w sklepach było już całe dobrodziejstwo inwentarza, moi rodzice chyba postanowili, że moim dwóm młodszym siostrom i mi niczego nie zabraknie.

Niestety nikt chyba się wtedy szczególnie nie zastanawiał, czy jest to na pewno zdrowe jedzenie. Każdy po prostu cieszył się, że wreszcie w sklepach jest tak dużo rzeczy. A chęć dogonienia Zachodu pchała ludzi w ramiona różnych dziwnych rzeczy, których jedzenie odbija się nam teraz czkawką. Ale nie o tym będę dzisiaj mówić. Dzisiaj opowiem różne rodzinne historie, bez nadmiernej próby oceniania, za to z ciekawą historią i miłością w tle.

Wracając do opowieści, pamiętam, jak latem Tato jeździł do sklepu i kupował cały karton lub dwa lodów w kubeczku (w każdym kartonie było kilkadziesiąt sztuk lodów!:) Potem lody były na bieżąco konsumowane – jedliśmy nawet po dwa kubeczki dziennie. Ałć, gdybym wtedy wiedziała to, co wiem teraz… Ale cel Taty był szczytny – dzięki Tato!

 

 

  1. Przez jakiś czas pracowałam w dywizji lodów w dużym koncernie i na pęczki jadłam lody!

 

A skoro o lodach mowa, to muszę Wam opowiedzieć jeszcze jedną historię. Otóż tuż po studiach trafiłam do dużego koncernu z branży FMCG (Fast-Moving Consumer Goods), do działu marketingu (dywizja lodów). Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia o tym, co robią z nami lody i wszystkie inne słodycze!

Tuż obok mojego biurka stały ze dwie lodówki pełne lodów różnej maści. No i codziennie, w ramach swoich „obowiązków”, jadłam i testowałam różne lody. Nie muszę chyba mówić, że nie kończyło się na jednej sztuce lodów!

Pamiętam również, że mieliśmy kiedyś wizytę pana z jakiejś firmy, który przywiózł nam różne „smaki” lodów, a my z szefową je testowałyśmy. I niech nikt nie myśli, że lody truskawkowe są zrobione z truskawek, a jagodowe z jagód (tak swoją drogą, to z czego jest zrobiony lód o smaku gumy balonowej?:)

Dodam, że podczas bardzo ważnych narad o tym, jak powinny smakować poszczególne smaki, testowaliśmy smaki lodów konkurencji, a szef wszystkich szefów rysował krzywą na wykresie, z której miało wynikać, jakie odczucia towarzyszą mu podczas zjadanego kawałka!

PS Teraz mogę się z tego śmiać, ale wtedy to było śmiertelnie poważne zebranie. A dzięki pracy w tym miejscu mam odpowiedni stosunek do wszystkich „dobrodziejstw” sklepowych. Tak, zdecydowanie każde doświadczenie jest po coś.

 

 

  1. Moje ulubione danie z dzieciństwa to naleśniki!

 

W dzieciństwie i w okresie dorastania domowe naleśniki były czymś, co po prostu uwielbiałam i pochłaniałam w ogromnych ilościach. Tak naprawdę jedzenie naleśników wiązało się z całym rytuałem.

Naleśniki robiła nasza mama i babcia. Babci naleśniki były robione z samych żółtek – były delikatne i żółciutkie. Mama z kolei oddzielnie ubijała i dodawała białka i jej naleśniki były jaśniejsze i sztywne. Babcia nadziewała naleśniki twarogiem, a mama serwowała je nam zwykle z dżemem własnej produkcji. Nigdy nie mogłyśmy z siostrami ustalić, które są lepsze:)

Naleśniki jadłyśmy w określonej kolejności, każda pilnując swojej kolejki. Szczęśliwie gdzieś przy piątym lub szóstym naleśniku niektóre z nas wymiękały (zwykle nie byłam to ja:) i wtedy kolejnego naleśnika można było zjeść szybciej. Ja wymiękałam gdzieś przy dziesiątym lub dwunastym naleśniku. W ramach „przerwy” niektóre naleśniki jadłyśmy z siostrami bez niczego, aby zrobić miejsce na kolejne. Wtedy też powstawały najbardziej okazałe kształty z jedzonych naleśników, koniecznie z dziurką w środku!

Naleśniki to również wspomnienie wspólnych długich rozmów przy stole – niezapomnianych i prowadzonych w wielopokoleniowym towarzystwie. To jedno z najpiękniejszych wspomnień i dlatego nawet z perspektywy czasu nie żałuję ani jednego zjedzonego naleśnika:)

PS Dlatego dzisiaj, gdy zbieramy się wszyscy razem, trzy kobiety w okolicach trzydziestki, ze swoimi mężami i dziećmi, to prosimy mamę, aby znowu zrobiła nam naleśniki:) To już po prostu rodzinna tradycja. Z tą różnicą, że dzisiaj robimy to znacznie rzadziej, a naleśniki mają nieco inny skład. Ale tylko odrobinę inny:)

 

 

  1. Mój Tato i jego najlepszy rosół pod słońcem!

 

Zupełnie normalne jest dla mnie to, że mój mąż gotuje. Pewnie dlatego, że taki przykład dał mi mój Tata. Tato robił w kuchni różne rzeczy, ale jego ulubionym i wypracowanym przez lata daniem był rosół. Z całym szacunkiem dla rosołu mojej Mamy (robisz super rosół Mamusiu:), rosół Taty był najlepszy.

Taty rosół nie był pierwszym lepszym rosołem jaki można spotkać w pierwsze lepszej restauracji. Tato rosół gotował długimi godzinami. Zaczynał od wyboru odpowiedniego mięsa. Kolejnym składnikiem były warzywa, które moja mama sama sadziła. Warzyw w rosole musiało być bardzo dużo. A cebula zawsze była opiekana na palniku (jak to dzisiaj powtórzyć w dobie szerzących się kuchni indukcyjnych??).

Ostatnim tajnym składnikiem były kluski. Kluski Tato długo wybierał i chyba przetestował wszystkie możliwe rozwiązania. Najpierw kluski robiła moja mama w domu (chylę czoła!), a potem Tato wybierał najlepsze spośród tych dostępnych w sklepie. A gdy je kupował, to od razu cały karton (tak, nie sztuki!) lub dwa. Bo Tato potrafił jeść rosół na śniadanie, obiad i kolację.

Tato gotował kluski według ściśle ustalonego planu. Czas gotowania był również ściśle określony, a pilnował go specjalny budzik przymocowany magnesem do okapu. Pamiętam, że gdy Tato był już chory, to mówił mi, że chyba już nigdy nie nauczę się tego schematu:) Tak, jakoś zawsze lubiłam, gdy to Tato gotował rosół, a nawet kluski do niego:)

 

 

  1. W dzieciństwie jadłam masę owoców – prawdziwych, posadzonych przez mojego Tatę i Mamę

 

Urodziłam się na wsi i tam spędziłam całe dzieciństwo. Tato nigdy nie chciał zamieszkać w mieście (Mama nawet chciała, ale silny charakter Taty zawsze wygrywał z jej chęciami) i zrobił wszystko, żeby nigdy w nim nie zamieszkać:) Kiedyś się zastanawiałam, dlaczego nie możemy zamieszkać w mieście? Przecież byłoby nam tam zdecydowanie lepiej.

Dzisiaj wiem, dlaczego Tato tego nie chciał. I dziękuję losowi i rodzicom za to, że mogłam mieszkać na wsi. Tato kochał przyrodę i pośród niej czuł się najlepiej. Sam wychował się na wsi, ale opowiadał, że gdy był mały, to nigdy nie miał pod dostatkiem drzew i krzewów owocowych. Dlatego jak tylko stal się mężczyzną, a do tego urodziły mu się trzy córki, to postanowił, że posadzi dużo drzew i krzewów.

Tym to sposobem na terenie naszej działki szybko pojawiły się krzewy z wszystkimi rodzajami porzeczek, maliny, czereśnie, drzewa z orzechami włoskimi i laskowymi, wiśnie, śliwki, morele, agrest, czy pnącze z winogronem.

Każdego lata objadaliśmy się tymi wszystkimi darami natury, a Tato sadził kolejne drzewka. Na drzewkach oczywiście nie skończył, bo posadził nawet cały las, a nawet kilka lasów! A my mamy poczucie, że Tato dalej jest, bo przetrwał w tych szumiących topolach i najdoskonalszym smaku moreli, jakie kiedykolwiek jadłam.

Gdy myślę o dzieciństwie, zwłaszcza o lecie i wakacjach, to wspominam wszystkie te długie godziny spędzone na wspólnym jedzeniu tych cudownie smacznych owoców, czy orzechów. Najlepsze były oczywiście te bezpośrednio jedzone z krzaka lub drzewa! A gdy do domu przynieśliśmy orzechy, to wspólnie je chrupaliśmy, razem, całą rodziną. Tak, każdy okazja do rozpoczęcia długiej rozmowy była dobra. Rodzice, dziękuję Wam za to z całego serducha!

Dzisiaj, gdy patrzę jak moje dzieci latem jedzą całe to bogactwo smaków, barw i witamin, to wiem, że jedzą to co najlepsze i to, co zostało posadzone z ogromną miłością. Ale dopiero teraz tak bardzo to doceniam. Zdecydowanie do pewnych rzeczy trzeba zwyczajnie dorosnąć.

 

 

  1. Pomidory, ogórki i inne warzywa lejące się strumieniami

 

Wychowałam się na wsi, a do tego w miejscu, które zyskało miano „zagłębia pomidorowego”. Nie zdziwi Was zatem chyba to, że i my sadziliśmy pomidory! Było to prawie 20 lat temu, ale pamiętam jakby to było wczoraj.

Pamiętam jak mama sadziła małe ziarenka w drewnianych donicach, z których potem wyrastały małe sadzonki. Pamiętam rozsadnik i pomidory przykrywane wiosną specjalną ciepłą otuliną ze słomy. Pamiętam sadzenie roślin pod folią, w którym uczestniczyła cała rodzina. Pamiętam wreszcie to, jak pomidory rosły, były zapylane, a potem zbierane i układane w plastikowych skrzyniach.

Pamiętam smak dojrzałych pomidorów, które jadłyśmy z siostrami latem w ilościach hurtowych. Pomidory jedliśmy całą rodziną, tak po prostu, na surowo i lekko posolone, albo w postaci sałatki z pokrojonych pomidorów z dodatkiem śmietany i cebulki. Pamiętam ogromną pracę, którą musieliśmy wykonać każdego lata, ale i ogromną przyjemność z jedzenia pomidorów. Szkoda tylko, że już wtedy całkiem sporo stosowało się sztucznych oprysków, aby zminimalizować straty w produkcji. Aż się boję pomyśleć, jak dzisiaj pielęgnowane są pomidory!

Teraz to tylko wspomnienie. Ale mama dalej dba o to, aby jej dzieci i wnuki jadły to co najlepsze. Mama co roku sadzi warzywka. Bez użycia nawozów, za do z dużą ilością wody i miłości. Gdy rosną i się zielenią, to wyglądają jak największe cuda przyrody! Może to śmieszne, ale gdy je myję i dotykam je dłońmi, to czasami mam wrażenie że do mnie mówią. Że dziękują za życiodajną ziemię i słońce, które pozwoliły im urosnąć i dojrzeć.

Gdy dotykam warzyw z supermarketu, to takiego uczucia niestety nie doświadczam. Wręcz przeciwnie, czuję, że z tych warzyw już dawno uleciało życie. Gdy opowiadam Wam o tym, jak wybieram warzywa na targu, to kieruję się właśnie takim „pierwotnym” instynktem, który trudno nawet nazwać. Możecie się śmiać, ale ja wiem swoje!

A największą radość sprawia mi patrzenie, jak moja mama wyrusza ze swoimi małymi wnukami w poszukiwanie świeżych ogórków, które naturalnie dojrzewają sobie na krzaku. A potem wracają z kubełkami pełnymi zielonych warzyw i chrupiemy je sobie siedząc na ławce.

 

 

  1. Drzewo czereśni i poczucie, że jestem w raju

 

Tato posadził na działce również drzewka czereśni, ale dość długo czekaliśmy, aż zaczną obradzać. Dlatego pamiętam doskonale ten dzień, w którym koleżanka z podstawówki zaprosiła mnie i jeszcze jedną koleżankę do swojego domu. Zaproponowała również, że możemy pójść i zjeść trochę czereśni z jej sadu. Moim oczom ukazało się wielkie i dorodne drzewo pełne dojrzałych, czerwonych i słodkich czereśni. Pamiętam jak siedziałam na jednej z gałęzi tego drzewa i rozkoszowałam się smakiem owoców. A gdy spojrzałam do góry, na gałęzie bogato udekorowane owocami, to pamiętam że pomyślałam, że tak właśnie musi wyglądać prawdziwy raj:) Naprawdę tak pomyślałam!

W pewnym momencie i nasze drzewka już obrodziły (chociaż po kilku latach, nie wiem dlaczego, większość z nich uschła). Jedno z nich rosło dokładnie obok balkonu. Wystarczyło wyjść na balkon i wyciągnąć rękę, by skosztować dorodnej czereśni. Ich widok i smak – po prostu bezcenne!

PS Bardzo żałuję, że w czasach w których żyjemy, kiedy wszystko jest produkowane na masową skalę, również owoce i warzywa są zasadzone rzędami na wielkich polach. Nie mają swoich „właścicieli” (czyli osób, które je konsumują), są masowo pryskane (wiadomo, że jeśli zachoruje jedno drzewo, to mogą zachorować kolejne, więc pryska się wszystko i na wszystko), a ich smak jest daleki od tego, który pamiętam z dzieciństwa.

To już nie jest raj, to jest mordor. Tak, w dzisiejszych czasach prosperity, serwujemy mordor i sobie, i zwierzętom i roślinom, które nas żywią. Tak, już zbieramy plon tego, co posialiśmy…

 

 

  1. Kiszona kapusta i ogórki

 

Kiszonki to jedna z tych rzeczy, obok świeżych warzyw i owoców, których smak pamiętam już z dzieciństwa. Moja Mama od wielu lat każdego roku robi sto lub dwieście słoików kiszonych ogórków, którymi się potem zimą zajadamy. Obok smaku kotleta mielonego i schabowego, zawsze mi towarzyszył również smak ugotowanych ziemniaków i właśnie smak kiszonych ogórków.

Pamiętam również, jak moi rodzice kisili kiedyś w wielkiej beczce kapustę. Roznoszący się zapach może nie był najpiękniejszym, ale smak prawdziwej, ukiszonej kapusty, był wart każdego innego zapachu. Pamiętam, jak potem zimą sięgaliśmy do tej beczki i wyjadaliśmy kapustę garściami, oczywiście prowadząc radosną rodzinną rozmowę.

 

 

  1. Mała wielka kradzież i pomidory wiezione bryczką na targ

 

Jedną z nielicznych (albo jedynych) rzeczy jakie kiedykolwiek ukradłam były owoce:) Nie wiem co strzeliło do głowy mi i koleżance, ale któregoś letniego dnia wpadłyśmy na pomysł, że wieczorem pójdziemy do dużego i nieco zapomnianego ogrodu jej sąsiadów i ukradniemy trochę jabłek, moreli i innych owoców:)

Gdy poszłyśmy tam wieczorem, to serce waliło mi jak oszalałe. Cały czas słyszałam jakieś kroki i krzyki. Nic nie widziałyśmy, dlatego na oślep zrywałam to, co wyczułam pod ręką. Potem, uciekając, chyba wypadła nam połowa z tych rzeczy:) Do tej pory nie wiem, dlaczego to zrobiłyśmy:)

Pamiętam również, jak pewnego lata, wczesnym rankiem w sobotę, udałyśmy się bryczką (to taki wóz ciągnięty przez konia:) razem z Tatą koleżanki na targ w pobliskim miasteczku. Wieźliśmy pomidory, które były własnością rodziców koleżanki i miałyśmy za zadanie je sprzedać. W tamtym czasie byłam naprawdę bojaźliwą osobą, ale pamiętam również, że całkiem nieźle radziłam sobie ze sprzedażą tych pomidorów:)

 

Ojej, na dzisiaj to tyle. Całkiem sporo rzeczy wyszło, a jeszcze jest tak wiele rzeczy, o których chciałabym Wam napisać i powiedzieć. Może następnym razem:) Jeśli oczywiście czujecie, że chcielibyście jeszcze o tym przeczytać:)

Mam nadzieję, że czytając te historie mogliście chociaż trochę wyobrazić sobie tamte sytuacje i przenieść się w klimat miejsc z mojego dzieciństwa i wczesnej młodości (teraz chyba przeżywam późną młodość?:) Dziękuję za wspólną podróż!

Jeśli macie jakieś swoje ulubione historie z dzieciństwa, to koniecznie o nich napiszcie!:)

 

PS Ta mała dziewczynka na zdjęciu to moja córeczka. Zdjęcie zostało zrobione w zeszłe wakacje. Mam nadzieję, że najbliższe wakacje będą równie udane:)

Posty, które mogą Cię zainteresować

Brak komentarzy

Napisz komenatrz