Lekcje miłości

Gdzie byłam jak mnie nie było, czyli mój wielki come back

Nie było mnie tu całe wieki…

Co się ze mną działo, dlaczego tak długo to trwało i co dalej – o tym wszystkim dowiecie się z dzisiejszego wpisu!:)

 

 

 

 

 

 

Czy to na pewno wody?!!!

 

Pamiętam (jak przez mgłę:), że 24-go listopada, w piątkowy wieczór, wysłałam jeszcze do Was Newslettera, a potem…

A potem, czyli w sobotę rano, odeszły mi wody i pojechaliśmy całą naszą Rodziną do szpitala:)

Mój mąż, który przewidywał, że urodzę w połowie grudnia (ja byłam bliżej „prawdy”, bo celowałam w początek grudnia!), do końca nie był przekonany, że to naprawdę już!

Ja nie miałam wątpliwości, o czym powiedziałam mu w czasie naszej rozmowy w toalecie, podczas gry nasza przejęta czterolatka podsłuchiwała nas zaglądając przez małe otwory w drzwiach łazienki.

Na szczęście była to sobota, więc mój mąż był w domu.

Tym samym nasze wyjazdy w sobotę rano na porodówkę (i porody tuż po północy w niedzielę) stały się niemal tradycją😊

Tak było w przypadku naszego pierworodnego syna, tak było w przypadku córki i tak było również tym razem.

Teoria mówi, że „kiedy robione, wtedy rodzone”.. Hmmm, no cóż, to by oznaczało, że…😊

 

 

Jeszcze nie czas…

 

Tradycją stało się już także to, że zwykle trafiam na porodówkę sporo przed planowanym terminem porodu.

Albo tak po prostu mam, albo to wpływ zdrowego jedzenia i tego, że dziecko w moim brzuchu szybciej osiąga dojrzałość i szybciej próbuje ujrzeć światło dzienne:)

W przypadku syna były to „tylko” dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem porodu (czyli o czasie), ale w dwóch kolejnych przypadkach wszystko się działo dokładnie miesiąc wcześniej!

 

Zdążyłam jeszcze wysłać w piątek wieczorem wspomnianego wcześniej Newslejtera oraz zrobić ostatnie zakupy do mojej wyprawki szpitalnej. A w czwartek przeprowadziłam spotkanie w Klubie Mam na temat zdrowego odżywiania.

Jest jednak kilka rzeczy, których nie zdążyłam zrobić. Na szczęście, jak się okazało, nie były takie ważne).

Na przykład nie zdążyłam spakować torby do szpitala! Miałam to zrobić na spokojnie w TEN WŁAŚNIE weekend😊 Rzeczywiście w weekend to zrobiłam, ale było to zrobione dość szybko, no bo i sytuacja była dość wyjątkowa😊

Dodam tylko, że zanim wstałam z łóżka miałam w planach pojechać na targ jak co tydzień, ale gdy wstałam i okazało się, że „coś się dzieje”, to stwierdziłam, że tym razem sobie odpuszczę. Zrobiłam to „dopiero” dwa tygodnie później.

 

 

To jednak już!

 

No więc (wiem że nie zaczyna się zdania od tego zwrotu, ale kto mi zabroni:) w sobotę rano było już jasne, że wszystko się zaczęło i nie ma odwrotu.

Szczęśliwie mąż słusznie mi doradził, żebym coś zjadła, bo nie wiadomo, kiedy będzie mi dane zjeść coś po raz kolejny. Nie licząc cienkiej zupki szpitalnej i wody z odrobiną cytryny ten moment nastąpił dopiero po prawie 24 godzinach!

 

Przechodząc do rzeczy.

Ubrałam się, spakowałam szybko torbę, zjadłam i wszyscy wyruszyliśmy do szpitala. Nie bez powodu mówię „wszyscy”, bo pojechaliśmy tam razem z dwójką starszych dzieci (aha, one też miały naprędce spakowaną torbę, ale nie do szpitala, ale do wujka i cioci:)

Jeszcze z mężem w czasie drogi zastanawialiśmy się, do którego szpitala jechać. Czy do tego, w którym rodziłam dwójkę pierwszych dzieci (wtedy mieszkaliśmy rzut beretem od tego szpitala więc szłam do niego na piechotkę), czy do całkiem nowego szpitala, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dokładnie tydzień wcześniej.

Wybraliśmy drugą opcję. Szczęśliwie dla nas i dla Dziecka (ale o tym kiedy indziej).

 

Nie wnikając w szczegóły, mam nadzieję, że przyjdzie na to jeszcze czas, w niedzielę, 26-go listopada, pół godziny po północy, urodził się nasz Syn Mateusz, czyli nasze trzecie dziecko!

Na szczęście urodziłam siłami natury. Mówię na szczęście, bo pierwsze dziecko, z powodu tak a nie inaczej rozwijającej się akcji porodowej, urodziło się przez cesarskie cięcie. Drugie na szczęście przyszło na świat siłami natury, co otworzyło mi drogę do porodu naturalnego przy trzecim porodzie.

 

I tak oto staliśmy się Wielodzietną Rodziną.

Jest Mama i Tata, jest Nikodem, Zosia i jest Mateusz😊

Poza tym jest mały Sajgon i jeszcze kilka innych rzeczy, ale o tym też może innym razem😊

 

 

Dlaczego mnie nie było tutaj tak długo???

 

Jak wiecie, planować można sobie bardzo dużo. Ale kto, jeśli nie sam Pan Bóg, śmieje się z naszych planów.

Już tak wiele razy miałam przysiąść i coś napisać. Dać znać, że żyję i mimo chwilowych turbulencji mamy się całkiem dobrze😊

Ale najpierw było ogarnianie szpitalnej rzeczywistości. Potem ogarnianie rzeczywistości z trójką dzieci. Potem załatwianie różnych formalności i ogarnianie bieżących spraw.

W tak zwanym międzyczasie byliśmy z Mateuszem w szpitalu (o tym też kiedyś opowiem), a zaraz potem mój Mąż wyjechał na tydzień na drugi koniec świata, a my z Mamą zrobiłyśmy sobie jaglany detoks (o tym też muszę koniecznie napisać!).

Gdy już myślałam, że teraz już mam drogę otwartą do swojego komputera, okazało się, że Mati stał się bardziej aktywny i potrzebuje mnie niemal przez cały czas.

Nie mówiąc już o tym, że starsze dzieci też bardzo potrzebują mojej uwagi, mimo że musi być dzielona na tak wiele osób i spraw.

O Mężu też staram się nie zapominać (edit: w ciągu ostatnich dni nie udaje się nam nawet porozmawiać gdy już położymy dzieci, bo zwyczajnie padam), chociaż na szczęście on wie (a przynajmniej mam taką nadzieję!:), że to przejściowa sytuacja… Tylko jeszcze nie wiadomo, czy potrwa kilka najbliższych miesięcy czy może lat?:)

A tematów wciąż przybywa. Jedne się kończą, inne zaczynają. Ot, życie.

Dodam tylko, że ten wpis zaczęłam tworzyć jakiś miesiąc temu, a poprawiam go jeszcze dzisiaj, w dniu publikacji.

 

 

Na szczęście dwójka poprzednich dzieci nauczyła mnie dwóch kluczowych rzeczy, o których staram się teraz nie zapomnieć.

Pierwsza jest taka, że jeśli dziecko potrzebuje na samym początku naszej uwagi i czułości (i naszego mleka) to mu je dajmy bez żadnych ograniczeń.

Druga jest taka, że młoda mama i matka karmiąca musi się wysypiać! O tym czasami wcześniej zapominałam, sądząc że mogę stać się na zawołanie cyborgiem.

Na szczęście tym razem postanowiłam, że nie będę zarywać nocy w imię czegoś, co nie nazywa się moją rodziną (mimo, że to coś może być dla mnie bardzo ważne, tak na przykład jak ten blog:).

Można zrobić niemal wszystko, ale nie wszystko w tym samym czasie – to moje obecne motto!

 

 

Co jeszcze się działo jak mnie nie było?

 

Kobiety pewnie doskonale wiedzą, jak wiele się dzieje w głowie kobiety, nawet gdy pozornie nie dzieje się nic😊

No bo co ona może robić poza przewijaniem niemowlaka, karmieniem go i wyjściami na spacer?

No i tu muszę utrzeć temu komuś kto tak myśli nosek😊

W głowie kobiety dzieje się właśnie wtedy najwięcej!

Nie wspominając już nawet o istnieniu maratonu pozornie prostych czynności, które dzieją się między kuchnią, pralką, wyjściami na zewnątrz a sypialnią.

Tylko kobieta to potrafi drodzy panowie!:)

I każdej kobiecie powinien być przyznany Nobel za taką działalność! Jeśli ktoś by mi kiedyś próbował go wręczyć, na pewno nie będę się opierać, mówiąc, że ja nic takiego ważnego i wyjątkowego nie robię każdego dnia…

Bycie Kobietą, Żoną i Mamą to istny armagedon i prawdziwe pole walki. I albo przeżyjesz, albo pochłonie Cię wielka otchłań niekończących się obowiązków i spraw…

 

Niejako przy okazji przez moją głowę przetoczyło się prawdziwe tornado, podobnie jak przez nasz dom, chociaż na co dzień widać tylko to drugie.

Wiele z moich dawnych twierdz myślowych zostało zrównanych z ziemią (a myślałam, że przy trzecim dziecku nie będzie ich tak dużo jak poprzednio!), a na ich miejsce nieśmiało wyrosły nowe idee (a pośród nich wiele pączkujących kwiatów:).

Trochę chwastów również się pojawiło. Zwłaszcza w miejscach zapomnianych, albo tych, którym próbowałam nadać miano „nie istnieje”. Mam nadzieję, że sukcesywnie będę je wyrywać.

Gdybym chciała teraz o tym wszystkim opowiedzieć, to musiałabym prawdopodobnie napisać książkę. Niniejszym postanawiam, że napiszę o nich kiedy indziej (jeśli Mateusz mi na to pozwoli:)

 

 

Co dalej?

 

Teraz musicie mi wierzyć na słowo, że wiele się u nas działo i dzieje.

Ot, taki proces dorastania, zintensyfikowany poprzez zajście ważnego wydarzenia, którym niewątpliwie jest pojawienie się nowego człowieka w rodzinie.

To powoduje, że trudno jest mi regularnie publikować (chociaż bardzo bym tego chciała!).

Nie mogę Wam również chwilowo obiecać tego czy tamtego, chociaż obiecuję, że będę starała się tutaj zaglądać (jeśli nie pochłonie mnie wielka paszcza codziennych obowiązków:).

Nagrania na żywo na Facebooku również na razie nie wchodzą w grę, chociaż nieśmiało myślę o pewnej ich alternatywie…:)

 

Staram się zapisywać różne pomysły na to, o czym bym Wam chciała opowiedzieć. Jeśli macie jakieś sugestie, to też chętnie je poznam!

Lista tematów wciąż się wydłuża, ale do tej pory nie udało mi się jeszcze zakrzywić czasoprzestrzeni, aby zyskać trochę więcej czasu na pisanie.

Na razie zapisuję kolejne strony w mojej głowie, licząc że kiedyś je przeleję na stronice mojego wirtualnego miejsca w sieci.

 

Tymczasem dziękuję Wam za to, że jesteście i proszę o cierpliwość😊

 

Ps Aha, jeśli sądzicie, że u nas wszystko jest takie piękne, ptaszki śpiewają, a świstak siedzi i zawija, to jesteście w błędzie😊 Dziecko niesie ze sobą wiele zmian. I tylko od nas zależy, czy pójdziemy spektakularnie na dno, czy resztkami sił złapiemy się kawałka czegoś, co przypomina koło ratunkowe i zaczniemy dryfować w bliżej nieokreślonym kierunku.

Mi jak na razie udaje się dokonać tego drugiego (ale tylko wyłącznie dzięki temu, że mam takiego Męża!), ale dalej nie wiem gdzie i kiedy (i czy kiedykolwiek!) natrafię na suchy ląd!!!

Mam tyle szczęścia, że z tym doświadczeniem mam do czynienia po raz trzeci.

Wiem mniej więcej jak to wygląda i że większość rzeczy, która wydaje się teraz trwać wiecznie, minie szybciej niż myślę😊 I to jest moje najbardziej niezawodne koło ratunkowe na ten czas!

 

Pozdrawiam z prawdziwego lotu w kosmos (kosmos czy ocean – zwał jak zwał!),

Patrycja

 

 

 

Posty, które mogą Cię zainteresować

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Ania
    22 lutego 2018 at 01:21

    koniecznie napisz książkę!!! świetnie się Ciebie czyta:)

    • Odpowiedz
      Patrycja Wratny
      23 lutego 2018 at 12:49

      Aniu, bardzo dziękuję za miłe słowa:) Kto wie, co mnie jeszcze czeka:) Pozdrawiam!

  • Odpowiedz
    Lidka
    22 lutego 2018 at 22:23

    Pati,
    Wzruszyłam się…

    Nawet nie wiesz jak bardzo rozumiem to o czym piszesz… dokładnie pamiętam ten czas, kiedy urodziła się nasza Emilka.
    Byłam przekonana, że przy trzecim dziecku nic mnie już nie zaskoczy, że jestem gotowa na wszelkie zmiany. A jednak… 😉 Było ciężko.
    Masz jednak rację, czas szybko mija i WSZYSTKO wraca „do normy”… Naprawdę! 😊

    Życzę Wam zdrówka przede wszystkim, no i pogody ducha na każdy dzień! 😉
    Pozdrawiam,
    Lidka

    • Odpowiedz
      Patrycja Wratny
      23 lutego 2018 at 12:54

      Cześć Lidzia:) Dziękuję Ci, że w tej codziennej gonitwie znalazałaś trochę czasu, żeby napisać:) Strasznie mi miło, że ten tekst wywołał u Ciebie takie emocje – to oznacza, że nas Mam, które tak myślą, jest więcej!:) Tak, zgadzam się, życie bezustannie nas zaskakuje, mimo że wydaje się nam, że mamy wszystko „pod kontrolą”. Ale myślę, że to chyba dobrze, bo sami byśmy nie stworzyli tak fascynującego scenariusza na własne życie:) Cieszę się, że u Was wszystko wraca do „normy”:) Z Mężem pomału uczymy się żyć w tym kontrolowanym nieładzie i jakoś pchamy ten nasz grajdołek:) Tobie i Twojej Rodzinie również życzę wszystkiego co DOBRE, bez względu na to, pod jaką postacią się ono ukrywa:) Ściskam serdecznie!

    Napisz komenatrz