Wpływ jedzenia na zdrowie

Jeśli myślisz „zdrowe odżywianie” wcale nie chodzi Ci o odżywianie, prawda?

Ostatnio mamy prawdziwy szał na to, co zdrowe. Nowe diety, produkty eko, coachowie zdrowia – wszystko to wyrasta, jak grzyby po deszczu.

Jedni szukają „szybkiego sposobu na”, inni zaczynają sobie zadawać niewygodne dotąd pytania i drążyć temat, a jeszcze inni bezradnie załamują ręce twierdząc, że to nie dla nich (bo nie mają czasu, wiedzy, pomysłów… właściwie każdy powód jest dobry).

To, że pytamy, kwestionujemy rzeczywistość i szukamy nowych dróg jest dobrą rzeczą. Ale należy się wystrzegać jednego – nie warto robić z jedzenia swojego nowego bożka. To droga donikąd. To kolejne uzależnienie.

Warto zachować zdrowy dystans do zdrowego jedzenia i nadać mu miejsce stosowne do jego rangi.

Dzisiaj postaram się sprowokować Was do zadania sobie kilku pytań i szczerego odpowiedzenia sobie na pytanie „Jeśli nie jedzenie, to co?”.

 

Przychodzi etap testowania, kupowania, konsumowania, czytania i przecierania oczu ze zdumienia z niemym pytaniem na ustach „Czy to naprawdę możliwe?/Dlaczego o tym wcześniej nie wiedziałem?/Dlaczego tak mało się o tym mówi? etc.

Z fazy niewiedzy przechodzi się na etap zachłyśnięcia nowymi pomysłami, przepisami i wiedzą.

Mikser, kuchenka, piekarnik są rozgrzane do czerwoności. Podobnie jak nasze ręce i umysł, skaczące myślami po nowych przepisach, produktach i możliwościach.

Stajemy się wojownikami walczącymi o godną (i zdrową) przyszłość naszych dzieci, narodu i całego świata. Czujemy na sobie dużą odpowiedzialność, aby zmieniać oblicze tego świata. Oczywiście na lepsze.

Czasami spotykamy się ze słowami uznania, a czasami próbujemy godnie przełknąć ślinę, gdy inni nazywają nas  szaleńcami i zastanawiają się, czy oby na pewno nie posunęliśmy się o krok za daleko.

Ale my nie mamy czasu na analizowanie tego, o czym szemrają inni. Praca wre, pracujemy na pełnych obrotach i tylko czasami zadajemy sobie kontrolne pytanie o to, czy warto i czy nasza praca ma sens.

Ale efekty naszych starań (schudnięcie, lepsze samopoczucie, lepsza cera, mniej chorób etc.) łagodzą nam nasz trud i utwierdzają w przekonaniu, że idziemy słuszną drogą.

Ale prędzej czy później przychodzi to „niechciane”.

 

Zniechęcenie, apatia, wypalenie.

Poczucie, że doszliśmy do ściany i nie bardzo wiemy, w którą stronę teraz pójść.

Jesteśmy zwyczajnie zmęczeni pracą na pełnym obrotach. Pracą, która miała nam dać poczucie szczęścia i sensu, a stała się przysłowiową kulą u nogi.

Jesteśmy zmęczeni wiecznym staniem przy kuchni, zarywaniem nocy po to, aby przygotować coś naprawdę ekstra, przekonywaniem dzieci/męża/żony/cioć/babć (niepotrzebne skreślić, potrzebne dodać), że robimy to wszystko dla dobra całej rodziny i naprawdę nie jesteśmy odszczepieńcami.

 

Teraz rozwiązania są dwa.

Możemy się poddać i wrócić do tego co było. Albo możemy zmienić taktykę i na nowo zadać sobie podstawowe pytania „Po co to robię?”, „Jaki jest mój cel?”, „Po czym poznam, że cel został osiągnięty?”.

To chwila próby.

I zanim podam jakąkolwiek receptę, to chcę powiedzieć jedno.

 

Czujemy się źle i czujemy, że zabrnęliśmy w ślepą uliczkę, bo tak naprawdę nam wcale nie chodziło o zdrowe odżywianie!!!

Możesz się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, ale jeśli wyłączysz rozum i włączysz serce, to już nie będziesz tego taki pewien.

 

Nam wcale nie chodziło o to, aby nauczyć się podstaw zdrowej kuchni, wyposażyć się w najlepsze składniki i poznać najzdrowsze przepisy!

Te rzeczy były tylko przykrywką dla czegoś znacznie ważniejszego.

Tak naprawdę chodziło o naszą wewnętrzną wolność i poczucie szczęścia.

Świadomie lub nie, chcieliśmy poznać głębszy sens i cel naszej codzienności, która teoretycznie zmierza do jednego.

Chodziło o poczucie kontroli i sprawstwa nad własnym życiem.

Zależało nam na tym, aby poszerzyć obszar, na który mamy wpływ (zdrowie, sylwetka, wewnętrzna siła, życiowa energia, opieranie się pokusom, wybór form spędzania wolnego czasu etc.) i nim zawładnąć.

 

To wszystko są naprawdę szczytne ideały i warto dla nich podjąć się trudu robienia czegoś inaczej, pomimo że robi tak zdecydowana większość.

Nie przewidzieliśmy tylko jednego.

Tego, że jesteśmy czymś więcej niż ciało. Tego, że jesteśmy czymś więcej niż zgrabna sylwetka, zadbane i zdrowe ciało czy sprawny umysł.

Poczucie, że doszliśmy do ściany jest poczuciem, że to, co uznawaliśmy za rzeczy ostateczne i ważne, wcale takie nie jest.

A za tymi drzwiami, których otworzenie miało nam dać wewnętrzną i nieprzemijającą radość, kryją się kolejne drzwi. I jeszcze jedne, i jeszcze…

Nagle odkryliśmy, że to co uważaliśmy za pępek świata, jest tak naprawdę czubkiem wielkiej góry lodowej. A szczęście i spełnienie leżą gdzieś w nieznanych głębinach i otchłaniach, do których w tej chwili ani nie mamy dostępu, ani żadnej pewności, że kiedykolwiek tam dotrzemy.

 

Nagle odkrywamy, że jedyną rzeczą, którą udało się nam zdobyć, to kolejne uzależnienie.

Dociera do nas to, że przeszliśmy tylko do lepszej formy uzależnienia. Wcześniej było nią uzależnienie od niezdrowego jedzenia, a teraz jest nią uzależnienie od zdrowego jedzenia.

To duży postęp, ale to wciąż tylko i wyłącznie uzależnienie. A uzależnienie ma to do siebie, ze wciąga. I nawet jeśli chcemy przestać, to nie potrafimy tego zrobić.

 

Piszę o odżywianiu, ale tę sytuację możemy odnieść niemal do każdej sfery naszego życia. Począwszy od uzależnienia od używek, pracy, innych ludzi, a skończywszy na uzależnieniu od obrazka pięknej rodziny i pięknego życia dla siebie i bliskich, których tak bardzo pragniemy.

 

A prawda jest zupełnie inna.

Każdy musi się zmierzyć z sobą samym, odkryć siłę w staniu na własnych dwóch nogach, bez opierania się na wygodnym ramieniu współtowarzysza (rodzica, dziecka, męża, żony, partnera, pracodawcy, czy jakiegokolwiek innego autorytetu).

Każdy z nas musi stanąć twarzą w twarz z własnym życiem, bez zakrywania się dietami, ćwiczeniami, tytułami naukowymi, kontaktami czy listą posiadanych dóbr.

Owszem, inni ludzie, czy nawet nasz komfort życiowy, są naszą podporą w trudniejszych chwilach, a nawet w tych szczęśliwych, ale nigdy opieranie się na nich nie powinno decydować o naszej wewnętrznej sile bądź jej braku.

Prawda jest taka, że życie jest po prostu życiem, a my bardziej bądź mniej płyniemy z jego nurtem.

Warto nauczyć się umiejętnego sposobu pływania. Czasami warto płynąć pod prąd, czasami warto przeskoczyć do innego zbiornika, czasami warto zastanowić się, dokąd właściwie płyniemy…

A czasami warto po prostu zamknąć oczy i poddać się fali, wierząc, że doprowadzi nas do miejsca lepszego niż to, które w pełni świadomie sami byśmy dla siebie wybrali.

 

Wracając do tematu jedzenia warto zrozumieć jedną zasadę.

Jedzenie, choć szalenie ważne, jest tylko jedzeniem i powinniśmy nadać mu miejsce stosowne do jego rangi.

Jedzenie syci nasz organizm, zapewnia nam przetrwanie i decyduje o naszej sile bądź jej braku, dlatego warto się zastanowić, czym najlepiej karmić swoje ciało.

Jak się jednak okazuje, nasze ciało aby zachować zdrowie potrzebuje naprawdę niewiele. Trochę prostych posiłków, ruchu, świeżego powietrza i świętego spokoju (o ten ostatni niestety coraz trudniej, bo przecież my wciąż kombinujemy pod górkę jak tu uczynić siebie szczęśliwym człowiekiem).

Świetnym tego dowodem są ludzie, którzy dożywają setki w zdrowiu, jednocześnie prowadząc bardzo spokojne, proste i zgodne z naturą życie.

Niejednokrotnie mogliśmy poznać takich ludzi będąc na urlopie i poznając tubylców. Mogliśmy ich również poznać być może nie wyjeżdżając wcale zbyt daleko, bo tacy ludzie też żyją obok nas.

My, często ludzie korporacji, wielkich miast i „high lifu”, oddający od rana do nocy swoje pot, krew i łzy, nagle dostrzegliśmy, że można żyć w małej wsi „zabitej dechami”, paść owce i być dużo szczęśliwszym niż ci, którzy pięli się po kolejnych szczeblach edukacji i kariery.

Bo edukacja i kariera również bywają uzależnieniem, „zapchaj-dziurą” i ucieczką od samego siebie i swoich prawdziwych potrzeb.

 

Wracając do tematu jedzenia…

Warto wiedzieć to, że jedzenie nigdy nie nasyci naszej duszy, bo dla niej jest zarezerwowany zupełnie inny pokarm.

Nie warto zatem tworzyć sobie z jedzenia/diety, czy czegokolwiek innego swojego nowego bożka, którego będziemy codziennie czcić i oddawać mu hołd.

Jeśli zatem uzależniamy nasze poczucie szczęścia od tego co jemy bądź czego nie jemy, to nigdy nie poczujemy sytości.

A jeśli jedzeniem będziemy kompensować sobie chwilowy brak pokarmu dla naszej duszy, to doznamy jeszcze większego rozczarowania. Bo dalej będziemy czuć się głodni, a jednocześnie będziemy bardzo przejedzeni.

A przejedzenie prowadzi do otyłości i ciężkości, które dodatkowo przesłaniają nam możliwość dostrzeżenia tego, co naprawdę ważne.

 

Jak zatem żyć? Co robić a czego nie robić?

To cholernie trudne pytanie i Nobel dla tego, kto będzie umiał na nie odpowiedzieć.

Mam jednak kilka wskazówek.

Prostota.

Cel większy niż my sami i nasze dobre samopoczucie.

Branie odpowiedzialności za to co się robi.

Umiejętność odpuszczania i zaufania procesowi życia.

Bycie prawdziwym.

Szczerość wypływająca prosto z serca.

Posty, które mogą Cię zainteresować

2 komentarze

  • Odpowiedz
    JUME
    20 maja 2017 at 08:56

    O tak, dobrze napisane!😃 Patrycja, jakie zmiany na blogu! Bardzo pozytywne, tak jak obiecywałaś😃 Brawo!!!

    • Odpowiedz
      Patrycja Wratny
      22 maja 2017 at 14:32

      Cześć Jume! Jak miło że napisałaś!:) Cieszę się, że artykuł Ci się spodobał – to było takie moje:) I cieszę się, że pozytywnie oceniasz zmiany na blogu – obiecuję, że niedługo będzie ich więcej!:) Pozdrawiam prawdziwie wiosennie!:)

    Napisz komenatrz