Lekcje miłości

Moje życie w jednym liście…

Jakiś czas temu postanowiłam napisać krótką historię swojego życia. Nawet odważyłam się pokazać ją innym, a dzisiaj chcę podzielić się nią z Wami:)

Mam nadzieję, że będzie dla Was inspiracją i okazją do stworzenia własnej opowieści.

Czasami dopiero spisując swoją historię widzimy, jak wiele doświadczamy i jak bardzo silni i niezwykli jesteśmy jako ludzie.

Czasami również dostrzegamy to, że wszystko ma swój sens, a największa siła tkwi w prostocie i pozornie nudnej codzienności!

 

Mam jakieś 6 lat i stoję z mamą przy kasie w sklepie.

Mama mówi „Patuniu, kupię Ci czekoladę, ale musisz sama o nią poprosić”.

Jestem tak nieśmiałym dzieckiem i jednocześnie tak bardzo upartym, że nie decyduję się na wypowiedzenie tych kilku słów do pani ekspedientki.

Do domu wracamy z niczym.

 

Dorastam w domu, w którym jest dużo miłości i czasu dla dzieci. Wtedy jeszcze nie wiem, że dostaję bezcenny prezent od moich Rodziców, którego nie są w stanie zastąpić żadne pieniądze.

Mieszkam na wsi, w otoczeniu przyrody. Ona również stanie się za kilkanaście lat moją tarczą.

 

Jednocześnie rodzice, chcąc przychylić nam nieba, kupują moim dwóm młodszym siostrom i mi dużo słodyczy.

Jako osoba z natury szczupła jem na co tylko mam ochotę. Poza kiszonymi ogórkami robionymi przez moją Mamę, kilogramami jabłek pochłanianymi każdej zimy czy orzechami i owocami posadzonymi przez mojego Tatę, na moim talerzu ląduje również dużo słodyczy i różnych dziwnych przetworzonych rzeczy.

 

Powoli zbieram gorzkie żniwo.

Łapię alergię, z którą będę się zmagać latami.

Na studiach mój trądzik sięga zenitu, a ja zaczynam się chować za puklami wypadających włosów.

Mam kłopoty z wypróżnianiem i cierpię na chroniczny brak sił.

Ale i tak czuję się zdrową osobą, ot, taką jak wszyscy. Przecież każdy ma jakieś problemy zdrowotne…

Chodzę do różnych lekarzy, a Ci przepisują kolejne cud lekarstwa, maści i preparaty. Antybiotyki również.

 

Jestem dzieckiem, które dorasta w przekonaniu, że ma być grzeczne.

A ponieważ jest to zbieżne z moją naturą, to nie wszczynam buntu na pokładzie.

Grzecznie więc robię to, czego oczekuje się ode mnie. Czyli nie sprawiam kłopotów i dużo się uczę, aby ‘było mi w życiu lżej’.

Przez wszystkie lata szkoły podstawowej i liceum udaje mi się zebrać tylko jedną jedynkę. Oczywiście w dzienniczku, a nie na świadectwie.

Czuję się trochę jak żołnierz bez karabinu, bo ta jedynka nie do końca jest „prawdziwa”.

 

Uczę się pilnie z wszystkich przedmiotów, bo jak twierdzą nauczyciele i dorośli, mam po prostu talent do wszystkiego.

Zadania z matematyki rozwiązuję jedną ręką, a potem pod wpływem natchnienia piszę wiersze i opowiadania.

Tylko trochę brakuje mi czasu na odkrywanie własnych pasji. Uczę się wszystkiego, ale w rzeczywistości nie wiem, co tak naprawdę lubię robić.

Poza tym od góry do dołu same piątki i szóstki na każdym świadectwie. W pierwszej klasie liceum moja jedyna czwórka na świadectwie jest z w-fu.

 

Wreszcie zdaję na studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim.

Wybór jest trochę przypadkowy, ale skoro dobrze idzie mi matematyka, to czemu nie. Z drugiej strony nie znoszę uczenia się na pamięć, więc o historii i tym podobnych historiach nie może być mowy.

Tu przeżywam pierwszy szok.

Aby dostać się na studia dzienne brakuje mi jednego punktu. Ląduję na 32-gim miejscu na liście osób pod kreską wśród prawie dwóch tysiąca pozostałych.

Dzięki determinacji rodziców idę na wybrane studia, z tą różnicą że odpłatnie.

Po roku studiowania trafiam na studia dzienne na inny kierunek, by po dwóch latach kontynuować studiowanie na obu kierunkach równocześnie.

 

Przecież nie mogę zawieść rodziców. Ani zrezygnować z własnych ambicji.

Nie po tym, jak Mama przez całe liceum woziła mnie na różne zajęcia dodatkowe, a Tato jeździł ze mną na kursy przygotowujące do egzaminów na studia.

Nawet wielka zamieć śnieżna nie skłoniła go do tego, aby zrezygnować z podróży samochodem i przejechania ponad dwustu kilometrów. Robił to po to, aby mnie nie zawieść i dlatego, że mnie mocno kochał. Podobnie z resztą jak Mama.

 

Wydaje mi się, że przez perturbacje związane ze studiami ‘tracę’ jeden rok. Wtedy jeszcze nie wiem, że dzięki temu mam szansę poznać mojego przyszłego, cudownego Męża.

Uczę się pilnie, chociaż nie czuję, że to jest to.

Najbardziej podobają mi się przedmioty na Wydziale Zarządzania, na których jest mowa o relacjach międzyludzkich i gdzie ważny jest drugi człowiek, a nie cyferki i szlaczki z nich powstałe.

Nie interesuje mnie to, że Kołmogorow wielkim matematykiem był.

Kończę oba kierunki, chociaż nie udaje mi się napisać pracy magisterskiej na Wydziale Nauk Ekonomicznych. Po prostu nie mogę się zmusić do udawania, że tabelki i wykresy są dla mnie ważne. Potem ten temat wraca do mnie w koszmarach nocnych.

 

Wreszcie trafiam do ‘dobrej pracy’ w znanej międzynarodowej korporacji. Takiej, która ma sprawić, że będzie mi lżej w życiu i osiągnę wreszcie to, na co latami pracowałam pilnie się ucząc.

Dział marketingu jawi mi się jako miejsce, w którym ładnie opowiada się konsumentowi o zaletach produktu.

Najpierw mam okazję poznać dział marketingu firmy spożywczej, a potem farmaceutycznej. Pracuję tam dość krótko, ale intensywnie i z pełnym zaangażowaniem.

Wtedy jeszcze nie wiem, że po kilku latach ta bańka pęknie, a ja zrozumiem, że dział marketingu sprzedaje ludziom iluzję i kłamstwo. Chociaż wtedy wierzę jeszcze, że nasza praca to szczytne ideały.

 

W międzyczasie w moim życiu prywatnym wiele się dzieje.

Najpierw mój narzeczony wyczuwa zgrubienie na mojej szyi. To guzki na tarczycy. Na szczęście nie są groźne, ale zapada decyzja o ich operacyjnym usunięciu.

Na kilka miesięcy przed planowanym ślubem leżę w szpitalu i po raz pierwszy doceniam to, że mogę wreszcie wyjść na upragniony spacer. Jest wiosna i wszystko budzi się do życia, a ja tak bardzo chcę obudzić się razem z nią.

Na szczęście moja tarczyca ma się całkiem dobrze, a ja dalej żyję w błogim przekonaniu, że wszystkie moje problemy zdrowotne to po prostu „taka moja uroda”, a ja nie mam kompletnie wpływu na to, co się dzieje z moim ciałem.

Z resztą o tym, że tak jest, przekonują mnie  na każdym kroku lekarze, do których chodzę na różne wizyty kontrolne.

 

Potem jest ślub i wicie wspólnego gniazda.

Po roku zachodzę w pierwszą ciążę. Oddana pracy, pomimo wielu stresów, nie decyduję się na szybkie zwolnienie lekarskie. Przecież dam radę – kto jak nie ja?

Nasz synek przychodzi na świat w marcu 2012 roku.

Poród nie należy do łatwych. Po dwunastu godzinach akcji porodowej zapada decyzja o cesarskim cięciu.

Na szczęście synek rodzi się zdrowy, chociaż małe niedotlenienie w czasie porodu sprawi, że wszystkie rzeczy będzie robił w swoim własnym, wolniejszym tempie. A przez nas będzie nazwany małym „myślicielem”.

 

Po siedmiu miesiącach od tego momentu okazuje się, że ponownie jestem w ciąży.

Gdy jestem już w zaawansowanej ciąży dowiaduję się, że mam cukrzycę ciążową.

Najpierw obśmiewam wynik i stwierdzam, że to pewnie jakaś pomyłka.

Potem jednak dociera do mnie ten fakt i zaczynam się głowić, co mam jeść aby nie zaszkodzić dziecku.

To początek wielkich zmian w naszym życiu.

Do końca życia będę chyba cieszyć się, że wtedy odkryto u mnie tę cukrzycę.

 

Jedni mówili, że to mija, ale ja wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby zmienić dotychczasowe nawyki żywieniowe.

Zaczynam więc wertować mało popularne książki i strony w Internecie i coraz bardziej łapię się za głowę.

Nagle dociera do mnie to, że dotychczas nie jadłam prawdziwego jedzenia, ale coś, co je lepiej lub gorzej udaje.

Mój wrodzony upór nie pozwala mi zrezygnować z podjętych zmian w kuchni.

Nie po tym, czego się dowiedziałam. I nie po tym, czego zaczynam doświadczać w związku ze zmianą nawyków.

Z osoby, która nie potrafiła zrobić na studiach nawet jajecznicy staję się osobą, która uczy się, co to jest kasza jaglana i jak ją ugotować, co to jest jarmuż, jak fantastyczne rzeczy można przyrządzić z warzyw, czy wreszcie jak wspaniale może smakować prawdziwy olej lniany.

 

Rok i cztery miesiące po pierwszym porodzie na świat przychodzi nasza córeczka.

Siłami natury. Na szczęście cała i zdrowa, chociaż urodzona miesiąc przed planowanym terminem porodu.

Coraz bardziej oddaję się życiu rodzinnemu i zdrowej kuchni. Swoim najbliższym oddaję miłość, którą sama zostałam napełniona będąc dzieckiem.

Staję się prawdziwą mistrzynią planowania, chociaż wcześniej byłam totalnie nieuporządkowaną osobą.

Mając mniej czasu niż kiedykolwiek, udaje mi się zrobić więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Zmiany w sposobie odżywiania i działania zaczynają przynosić niesamowite efekty.

 

Pomimo wielu obowiązków nad małymi dziećmi zaczynam prowadzić bloga.

Mam wielką ochotę dzielić się zdobytą wiedzą i doświadczeniem z innymi mamami. W sferze odżywiania, wychowywania dzieci i życia w ogóle.

Wreszcie dociera do mnie to, że to ja mam wpływ na to, jak się czuję i jak wygląda moje życie. Żyję, a nie życie przydarza mi się.

Na początku mąż i starsze dziecko nie do końca akceptują zmiany, ale ja nie odpuszczam.

Wreszcie analityczny umysł mojego męża pozwala mu zaakceptować to, że odtąd będziemy jeść inaczej i żyć inaczej.

Nie będziemy kupować pięknie zapakowanych produktów z półek sklepowych, ale raz w tygodniu pójdziemy razem na targ po świeże produkty.

Nie będziemy w kółko oglądać programów w telewizji, ale zajmiemy się własnym życiem, na którą składa się prosta codzienność.

 

Bywa ciężko, ale moja motywacja jest większa niż cokolwiek innego.

Stopniowo jedzenie staje się naszym lekarstwem.

Nagle okazuje się, że nie muszę brać leków na przeziębienie, moja cera staje się gładka bez faszerowania się tonami leków i antybiotyków i mam więcej energii niż wtedy, gdy byłam nastolatką!

Mój mąż niejako ‘’przy okazji’ gubi kilkanaście kilogramów zbędnej wagi i pozbywa się dręczących go latami migren.

A dzieci, mimo że idą do przedszkola, ani razu nie przyjmują antybiotyku.

Córka, karmiona od początku prostym jedzeniem i karmiona dwa i pół roku piersią, nigdy nie dostaje żadnego leku na przeziębienie ani na zbicie gorączki. Owszem, czasami czuje się gorzej, ale jej organizm sam sobie świetnie radzi z infekcją, a ja mu w tym staram się nie przeszkadzać.

Nie wiem czy śmiać się czy płakać, gdy wszyscy naokoło mówią o tym, że dziecko musi swoje odchorować i że mały człowiek buduje swoją odporność będąc faszerowany od małego lekami.

 

Nasze życie rodzinne upływa nam bardzo aktywnie, ale szczęśliwie.

Niestety sielanka nie trwa długo. Pod koniec 2013 roku dowiaduję się, że mój kochany Tato ma nawrót choroby nowotworowej.

Na początku wygląda to niewinnie, a Tato przez wiele miesięcy nie wygląda na chorego. Czuję podskórnie, że tym razem nie będzie dobrze.

Tato jest kochanym i dobrym człowiekiem oraz wspaniałym Ojcem i dobrym Mężem, ale jest też wielkim pesymistą. U niego szklanka zawsze jest do połowy pusta.

Na szczęście w obliczu choroby mobilizuje siły i jest dzielniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Niestety rok 2015 jest trudny. Cholernie trudny.

Tato coraz bardziej słabnie. Nogi zaczynają odmawiać mu posłuszeństwa. Podczas kolejnych wizyt u rodziców widzę, jak coraz ciężej jest mu wykonać najprostsze czynności.

Widzę także, z jakim oddaniem i miłością zajmuje się nim Mama. Masuje jego nogi, nawet gdy Tato już ich nie czuje. Karmi go, wreszcie przewija i przewraca z boku na bok.

Tato niemal do końca wierzy, że będzie lepiej. Nikt nie próbuje odebrać mu tej nadziei, nawet widząc, że jego kręgosłup i ciało się rozsypują.

 

Wreszcie Tato, objęty chorobą, zaczyna mówić bez sensu, aż w końcu, na kilka tygodni przed śmiercią, w ogóle przestaje mówić.

Umiera we wrześniu, w otoczeniu swojej kochanej Żony i trzech córek. Wszyscy trzymamy się mocno za ręce i pomagamy mu przejść na Drugą Stronę.

To trudny moment dla nas wszystkich, ale w głębi serca czuję spokój. I miłość.

Czuję jak zalewa mnie morze miłości. To tak, jakby ktoś w jednej sekundzie wylał na mnie całą miłość, którą dał mi kiedykolwiek Tato.

A potem przychodzą znaki od Niego. I niezwykły sen.

On, człowiek wiecznie się zamartwiający, patrzy na mnie z miłością w oczach. Twarz ma jasną i pogodną, jakby pochodzącą z najlepszych lat swojego życia. Nie mówi do mnie językiem który znamy, ale językiem miłości.

Zdaje się mówić z uśmiechem na ustach „Wszystko jest dobrze. Nie ma nic, czym miałabyś się przejmować. A zresztą, to wszystko co jest tutaj na ziemi i za czym tak zabiegamy jest takie nieistotne”.

 

Wszystkie te wydarzenia powodują, że już nigdy nic nie będzie takie samo.

Nie ma mowy o powrocie do działu marketingu. Nie po tym wszystkim, co się stało.

Odnajduję w sobie odwagę, aby głośno zacząć mówić o sprawach dla mnie ważnych. O tym, że to my mamy wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie i życie.

Uczę się również odważnie opowiadać swoją historię i nie bać się mówić o niej innym.

Ja, nieśmiała osoba, każdego dnia wychodzę z własnej, wygodnej strefy komfortu.

Czuję, że to co się działo przed urodzeniem dzieci i odejściem Taty to matrix, a ja się właśnie z niego budzę.

Nie powiem, że było i jest mi łatwo.

Każdy, kto doświadczył pewnego rodzaju przebudzenia wie, jak te nowe rzeczy czasami uwierają i nie pasują ‘do naszej koncepcji świata’ i koncepcji świata wykreowanego przez ludzi.

Nagle muszę zaprzeczyć wszystkiemu, czego się kiedykolwiek nauczyłam i co mi latami wpajano.

Nagle mam przestać być grzeczna i wyjść do ludzi z nie zawsze łatwymi treściami.

Nagle mam zaprzeczyć autorytetom i głośno mówić o tym, że każdy może wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie, a nie zdawać się na lekarstwa które tylko lepiej lub gorzej maskują chorobę lub zasłaniać się feralnymi genami.

Nagle muszę zaprzeczyć jakości edukacji na której wyrosłam i przyznać przed samą sobą, że nie pamiętam 99% z tego, czego się nauczyłam.

Ale wiem jedno – wszystko w naszym życiu dzieje się po coś.

 

Wciąż na nowo uczę się tego, co naprawdę ważne i odsiewam ziarno od plew. Bez względu na to, jak te plewy są pięknie opakowane i jak bardzo kuszą.

Wiem, że każdego dnia cegła może mi spaść na głowę, ale decyduję się wziąć odpowiedzialność za to, na co mam wpływ.

Uczę się jak odważnie wypowiadać swoje racje oraz jak być przedsiębiorczą osobą.

Każdego dnia przekonuję siebie, że chociaż nie mam wykształcenia medycznego, to mogę wykorzystać swoje ogromne doświadczenie oraz zdobytą wiedzę, aby pomagać innym.

Alternatywa to znowu wejść w schemat edukacji jaką znamy, edukacji, z którą nie zawsze mi po drodze.

Oficjalna nauka mówi nam chociażby o tym, że jedzenie jest naszym wrogiem, dlatego powinniśmy przeliczać wszystko na kalorie, aby nie zjeść za dużo.

A ja wiem, że jedzenie może być naszym lekarstwem i nie da się go przedawkować, o ile będzie się jeść właściwe rzeczy, słuchać sygnałów płynących z własnego ciała i nie zatruwać świątyni jaką jest nasze ciało śmieciami.

Ale gdyby to było takie proste…

 

Mam 33 lata…

Teraz, gdy już wiem całkiem sporo i wiele doświadczyłam, muszę przyznać przed samą sobą, że „wiem, że nic nie wiem”.

Każdego dnia puka do mnie pani pokora i pyta, czy już wystarczająco dużo zrozumiałam.

Każdego dnia chłonę chociażby stronę z ciekawej książki o samorozwoju, które od zawsze kochałam i zadaję sobie pytanie „po co to wszystko?”.

Zastanawiam się, czym i jak zmierzyć poziom swojego zadowolenia i poziom jakości mojego życia.

Kiedyś myślałam, że o tym poziomie będą świadczyć ukończone studia i praca w ‘dobrej’ firmie.

Dzisiaj śmieję się na samą myśl o tym.

Może to, że jestem wystarczająco dobrą Żoną i Mamą oraz że chcę dać najlepszą cząstkę siebie innym już wystarczy?

A może wcale nie chodzi tu o żadną miarę? Może wcale nie muszę się z nikim ścigać i niczego nikomu udowadniać?

 

Myślę więc jestem. Nie. Dzisiaj wiem, że jeśli przestanę wciąż myśleć, to wreszcie będę.

Tu i teraz. Szczęśliwa z tym co mam i nawet szczęśliwa bez czegokolwiek.

Dzisiaj już wiem, że chcę zrobić dużo dobrego dla innych, ale nie chcę żyć perspektywą przyszłych potencjalnych zysków.

Posiadanie już mnie tak nie pociąga jak kiedyś. Po prostu chcę być.

Chcę kochać i dawać życie.

Chcę akceptować i wybaczać, ale również wymagać.

Chcę żyć tu i teraz.

Chcę poznawać sens tego, czego doświadczam i równocześnie akceptować to, że nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania.

Chcę być najlepszą wersją siebie, ale też nigdy nie robić nic kosztem siebie i bliskich.

Chcę zachwycać się pięknem codzienności.

Chcę czuć wdzięczność za wszystko co mam, bo mam tak dużo.

Chcę przyjmować wszystko to, co składa się na moje życie.

 

Jeśli chcecie się podzielić swoją historią albo jakimś cennym doświadczeniem, to serdecznie zapraszam do pozostawienia tutaj swojego komentarza!

Wbrew temu, co może się wydawać, wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni i mamy podobne tęsknoty:)

Posty, które mogą Cię zainteresować

Brak komentarzy

Napisz komenatrz