Możesz wszystko, ale nie wszystko w tym samym czasie

Nie wiem gdzie dokładnie przeczytałam to zdanie, ale myślę, że w jakimś sensie mnie ono uratowało.

Gry urodziłam swoje pierwsze dziecko, a niespełna półtora roku później kolejne, nagle zaczęło mi się chcieć. Teoretycznie wcześniej też robiłam sporo rzeczy, ale dopiero macierzyństwo sprawiło, że t wszystkie moje działania nabrały sensu. I paradoksalnie właśnie wtedy zadziała się druga rzecz – mimo, że tak bardzo chciałam działać, to nie miałam czasu, aby wszystkie swoje plany wcielić w życie!

Pewnie każda mama, zwłaszcza mama małych dzieci, zna to uczucie. Tak bardzo by chciała robić coś więcej niż zajmowanie się swoim dzieckiem, które właśnie przyszło na świat i przewartościowało całe jej dotychczasowe życie, a jednocześnie widzi, że zwyczajnie nie jest w stanie zrealizować wszystkich swoich planów.

Z tego miejsca jest już krótka droga do tego, aby działać w duecie z wiecznym i wielkim wyrzutem sumienia. Gdy jesteś z dzieckiem, myślisz o tych wszystkich wielkich planach, które tylko czekają na realizację. A gdy już udaje Ci się wyszarpać codzienności tę chwilę na własne sprawy, okazuje się, że myślisz o tym, czy na pewno masz prawo do tego, aby zostawić swoje dziecko, które tak potrzebuje Twojej uwagi.

No i do tego te wieczne uwagi innych o tym, co ty właściwie takiego robisz w domu. Oczywiście poza siedzeniem lub leżeniem. A już nie daj Boże, gdy postanowisz zostać dłużej w domu z dzieckiem niż ten pierwszy rok jego życia, kiedy jeszcze „masz prawo” je karmić i dostajesz wynagrodzenie z pracy.

No dobrze, ale wracając do tego zdania…

Gdy miałam dwójkę małych dzieci na pokładzie, to gdzieś właśnie przyszło do mnie to zdanie. Że naprawdę mogę wszystko, ale nie zawsze jestem w stanie to wszystko zrobić w tym samym czasie. To zdanie trochę ściszyło moje wyrzuty sumienia i myśl, że przecież tak wieloma sprawami chciałabym się zająć… Uznałam, że wszystko jest kwestią określonych decyzji. A moja decyzja, mimo że nie idealna i podjęta przez bardzo nieidealną wersję mnie, była taka, że chcę zostać nieco dłużej w domu z dziećmi.

Kiedy już myślałam, że przyszedł czas na realizację moich planów i zobaczyłam, że dzieci już wcale nie potrzebują mojej całkowitej uwagi i są pochłonięte zabawą z innymi dziećmi w przedszkolu i oto wreszcie otwiera się w sposób naturalny przestrzeń na moje działania, los znowu zgotował dla mnie niespodziankę! Okazało się, że jestem w trzeciej ciąży! Wielka radość znowu zmieszała się z tym ważnym pytaniem „A co z moimi planami?”

I właśnie wtedy to zdanie mnie znowu uratowało. Ale tym razem tak naprawdę. Już nie stałam w wiecznym rozkroku między życiem domowym, a swoimi planami, ale po prostu podjęłam decyzję, że rzucam się w te domowe pielesze po raz kolejny, a „moje” sprawy jeszcze przez moment muszą poczekać.

I mimo, że co jakiś czas czułam ten ucisk w sercu na myśl, że „inni to mogą, a ja nie”, to jednak wierzyłam, że wszystko ma swój czas, a mój czas na realizowanie wyłącznie swoich planów na „chwilę” musi zostać odłożony na półkę z napisem „do zrealizowania w niedalekiej przyszłości”.

I chociaż w tym wpisie nie przewidziałam miejsca na to, aby opowiedzieć o tym, jak wiele nauczyły mnie dzieci i ile dał mi czas spędzony z nimi (mimo tego, że bywało cholernie trudno, a ja zastanawiałam się, czy to na pewno wychodzi nam wszystkim na dobre), to muszę powiedzieć, że to dzieci stworzyły obecną wersję mnie. Mimo, że to nie ja wymyśliłam scenariusz dla moich ostatnich prawie już dziesięciu lat, to chylę czoła przed wielką kreatywnością i mądrością jego autora:)

Ale wracając do tego zdania, które tak wiele mi dało…

My kobiety jesteśmy bardziej świadome siebie i swoich możliwości niż kiedykolwiek. Jesteśmy wspaniale wykształcone, chętne do działania i otwarte na ciężką pracę. Daje to nam dużo możliwości, ale jednocześnie często podcina skrzydła. Prowadząc życie żony, mamy, gospodyni domowej, często z żalem patrzymy na to wszystko, czego po prostu nie możemy dopisać do długiej listy naszych codziennych obowiązków. A to rodzi frustrację, poczucie winy, żalu i brak spełnienia.

A gdyby tak pomyśleć, że naprawdę możemy te wszystkie plany zrealizować, mimo że nie w tym samym czasie? O ile łatwiej by nam się było cieszyć tym, że nasze dziecko właśnie po raz pierwszy się do nas uśmiechnęło, zrobiło pierwsze kroczki,  wypowiedziało pierwsze słowa, czy pomachało nam na do widzenia maszerując do przedszkola? O ile łatwiej by nam było, gdybyśmy z pokorą przyjęły każdą lekcję, mimo, że czasami kompletnie nie rozumiemy, że właśnie teraz toczy się jedna z tych najważniejszych.

I jasne, będzie trudno. Będą sytuacje, że wykrzyczymy całemu światu, że czujemy się przytłoczone, niedocenione i zwyczajnie zmęczone, a nasze dzieci ze strachem w oczach spojrzą na zagubioną i wściekłą z byle powodu mamę. Ale pomyślmy, że to też część tej lekcji. Przecież gdyby dziecko już od początku wszystko wiedziało, to nie byłoby potrzeby, aby je w ogóle wysyłać do szkoły? Dlaczego zatem od siebie oczekujemy tego, że już na starcie wszystko będziemy wiedzieć i nie będziemy popełniać głupich błędów? Te wszystkie błędy to przecież lekcje, mimo że nie wiemy tego od razu gdy przystępujemy do kolejnego sprawdzianu.

My kobiety jesteśmy wielkie i mądre. Na pewno przyjdzie czas, aby tę mądrość pokazać komuś więcej niż tylko mężowi w czasie krótkiej wymiany zdań o tym, co u nas słychać i ile kupek dziecko dzisiaj zrobiło. I mimo, że na początku czas wydaje się nam dłużyć niemiłosiernie, to szybko okazuje się, że nasze malutkie dziecko nie-wiadomo-kiedy wyrosło z tych ślicznych kolorowych śpioszków, czy nagle odwróciło się na pięcie i poszło bawić się w najlepsze do sąsiadów. I przyrzekam Wam, że któregoś dnia również bardzo się zdziwicie gdy zobaczycie tę wielką stopę należącą do nikogo innego niż tylko właśnie do Waszego dziecka i będziecie się główkować, skąd Wasze dziecko zna te wszystkie wyszukane słowa i jak to możliwe, że można z nim porozmawiać jak z małym dorosłym?!

A tymczasem czasami nie pozostaje nam nic innego niż po raz dziesiąty zmienić mu pieluszkę, po raz dwudziesty przeczytać mu tę samą bajkę, po raz pięćdziesiąty sprzątnąć do pudła te same klocki i po raz setny powiedzieć, że nie wolno sypać piaskiem. Ale pamiętajcie, że gdzieś pomiędzy tymi aktywnościami rośnie w nas nieocenione doświadczenie i wielka mądrość. I to nawet pomimo tego, że po raz tysięczny myślimy sobie o tym, że jesteśmy beznadziejną mamą…

A dzisiaj u mnie przyszedł właśnie ten moment, w którym moje trzecie, maleńkie jeszcze wczoraj dziecko, poszło do przedszkola. A ja czuję ogromną wdzięczność, że pomimo bycia nieidealną mamą i nieidealnym człowiekiem, tak wiele się nauczyłam przez ostatnich kilka lat.

Czy to jest mój czas? To się okaże. Przecież od poniedziałku znowu dwójka moich starszych dzieci zostanie w domu, a ja będę rozpięta pomiędzy gotowaniem dla moich głodomorów, ogarnianiem naszej codzienności, wyrywaniem chwili na przeczytanie kolejnej strony książki i pytaniami o to, gdzie jest w tym wszystkim miejsce na moje sprawy.

Ale wierzę w to, że chociaż nie będzie łatwo i spokojnie, to dam radę – tak jak zawsze.

I postanawiam sobie, że zamiast narzekać na działania rządu, śledzić statystyki zakażeń i wściekać się na krzyczące dzieci, postaram się wziąć co jakiś czas głęboki oddech i pomyśleć sobie o tych wszystkich niezwykłych rzeczach, których mogę się właśnie nauczyć i o tych wszystkich małych i dużych sprawach, za które jestem tak cholernie wdzięczna.

Bo wierzę, że chociaż nie jest idealnie, to jest dobrze. Dokładnie tak, jak ma być. A ja mogę wszystko, chociaż nie wszystko w tym samym czasie:)

Ściskam Was mocno!

P.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *